poniedziałek, 31 marca 2014

Szybka i wściekła

Karting nazywa szkołą pokory, a jej facet musi być szybki. Gosia Rdest swoją przygodę 
z samochodami zaczęła w wieku 12 lat. Gdy tata zabrała ją na tor gokartowy od razu połknęła bakcyla. Jako szesnastolatka śmigała już swoją własną wyścigówką. Dzisiaj jest jedyną kobietą 
w Formule 4.

21-letnia studentka dziennikarstwa sezon 2013 może zaliczyć do udanych. Na swoim koncie ma nagrodę Who Zooms Award, przyznawaną za największą liczbę udanych manewrów wyprzedzania, dobre starty w F4 oraz głowę pełną marzeń.
- W przyszłym roku startuje w serii Volksvagen Castrol Cup - zdradziła podczas jednej z konferencji. Jest to seria wyścigowa samochodów zamkniętych o mocy 260 koni. - Napęd na przód, sportowe zawieszenie i tzw. push to pass, który uruchamia dodatkowe 50 koni na 10 sekund - wylicza podekscytowana dziewczyna. Dla niej to kolejny szczebel, który powoli zbliża ją do upragnionej Formuły 1.

Pierwsze sukcesy

Dojście do etapu, na którym obecnie znajduje się młodziutka studentka z Żyrardowa nie było łatwe. Zaczęła w wieku 12 lat, jak mówi, jej koledzy z Formuły zaczynali znacznie wcześniej. Nie miała sponsora ani nikogo kto pomógłby jej wejść w ten świat. - Nikt z mojej rodziny się nie ścigał. Był to dla mnie zupełnie świeży temat - mówi zawodniczka. Zaczęła na torze gokartowym. W 2011 roku wygrała Międzynarodowe Mistrzostwa Kartingowe Polski. Już kilka miesięcy później była członkiem BMW Talent Cup, niemieckiej drużyny, do której trafiają najbardziej obiecujący młodzi kierowcy. Była jedyną Polką. W sezonie 2013/2014 jeździła w Formule 4. Zaczęły się częstsze wyjazdy za granice i rozłąka z rodziną. - Rodzice mają ciężko, ale już się przyzwyczaili. I tak nigdy nie mogłam usiedzieć w domu - tłumaczy Gosia. Seria F4 obejmowała 8 weekendów treningowych, a inauguracja sezonu odbyła się na torze Formuły 1 Silverstone Circuit w Wielkiej Brytanii.

Być kobietą

Wyścigi i samochody to zdecydowanie domena mężczyzn. Jednak 21-letnia Gosia jest przykładem na to, że kobieta potrafi. Przyznaje, że na początku było ciężko. Starsi koledzy powątpiewali w jej sukces, jednak z czasem przerodziło się to w podziw i szacunek. - Jeżeli coś sobie wymyślimy to do tego dążymy - mówi dziewczyna. To prawda, że mężczyznom jest łatwiej, chociażby ze względu na fizyczne predyspozycje. Ale to kobiety posiadają większą determinację i, jak twierdzi Gosia, lepiej postrzegają tor jazdy. - Faceci bazują na talencie, a my ciężko pracujemy - podkreśla zawodniczka. Poza tym młodziutka studentka na co dzień "lubi wcisnąć gaz". Na swoim koncie ma kilka mandatów za przekroczenie prędkości, a podczas wspólnej jazdy nie jeden facet chciał uciec z samochodu.

Dzień jak co dzień

Godzina 07:00 rano. Symulator, tor, wyścig. Życie zawodowe kierowcy nie kończy się jednak na samych startach. Dochodzi do tego dieta, treningi na siłowni oraz brak życia towarzyskiego, bo jak twierdzi Gosia, to strata cennych godzin snu. Oprócz tego studia. Pomimo napiętego harmonogramu 21-latka nie zaniedbuje swoich obowiązków i stara się, o ile to możliwe, uczęszczać na wszystkie zajęcia. - Studiuje po to, aby w przyszłości pracować z młodszymi kierowcami i móc ich ukierunkować. Mi nikt w tym nie pomógł - mówi Gosia. Menagera uzyskała dopiero po zdobytym w 2011 roku Mistrzostwie Polski. Był nim Marcin Czechowski, który obecnie pracuje z Robertem Kubicą.

Always Banana

- Najważniejsze to czerpać z tego co się robi przyjemność i satysfakcję - twierdzi młoda zawodniczka.W ręku trzyma żółty kask swojego autorstwa. Widnieje na nim napis Always Banana. To motto, które utwierdza Gosię w przekonaniu, że nigdy nie można się poddawać. - Bywały gorsze chwile, wypadki i kolizje - mówi dziewczyna. Zapytana o to czy kiedykolwiek chciała zrezygnować, stanowczo zaprzeczyła. Wyścigi są dla ludzi o mocnych nerwach. Stres pojawia się na okrągło. Każdy radzi sobie z nim na swój sposób. Jak twierdzi 21-latka, przed każdym wyścigiem trener wlewa jej za kołnierz butelkę zimnej wody.
- To mnie paraliżuje, a jednocześnie pobudza! - uśmiecha się dziewczyna. Jednak najważniejsze jest to, aby podczas każdego startu dać z siebie 110%.

Gosia Rdest jest przykładem na to, że warto walczyć. Pomimo tego, że w Polsce dostępne są jedynie dwa tory - w Kielcach i Poznaniu, z czego tylko jeden jest czynny, udało jej się osiągnąć sukces. Przed nią kolejny rok pracy, nowe wyzwania i walka o swoje marzenia. - Zobaczymy co uda mi się ujechać w tym sezonie - uśmiecha się zawodniczka.


Patrycja Kotlarz

sobota, 8 marca 2014

Analiza reportażu Mariusza Szczygła pt. "Śliczny i posłuszny"

Reportaż przeczytałam jakieś 3 tygodnie temu, ale dopiero teraz zebrałam się do przelania emocji na przysłowiowy papier. Słowa, które przychodzą mi na myśl po lekturze, mogłyby stanowić tytuł niejednego artykułu w "Fakcie" - szok i niedowierzanie. Są jednak niezwykle adekwatne do tego co czuje.
Mariusz Szczygieł wspiął się na wyżyny dziennikarstwa, reportażu, To właśnie dzięki takim ludziom i ich tekstom wiem, że wybrałam najpiękniejszy zawód świata - zawód, który w tym świecie potrafi nieźle namieszać, często z pozytywnym skutkiem.

Szczygieł przedstawia historię tragedii i śmierci małego chłopca. W sposób przerażający, ale jakże prawdziwy obrazuje to, co działo się w domu Tomka. Uważam, że jest to kawał dobrej roboty.
W ferworze czytania rejestrowałam kolejne akapity tekstu, zastanawiając się nad ich zakończeniem. Niezwykle podoba mi się forma na jakiej Szczygieł opiera swój reportaż. Jego własne przemyślenia, emocje, retardacje, zmiany konwencji. Wszystko to sprawia, że tekst jest dynamiczny i czyta się go z niezwykłą, powiedzmy, zawziętością. Co do samej historii... oczywiście głównym wątkiem, punktem tekstu jest śmierć małego Tomka. Przedstawienie tego w jak bestialski był traktowany przez swoich "rodziców".

"Reportaż jest tekstem o konkretnym temacie i o czymś jeszcze". 

Przerażający jest fakt, iż Ewa T. pełni dzisiaj funkcję eksperta ministerstwa. Kobieta, która w sądzie mówiła "Rozbiłam mu talerz na głowie, bo źle go umył", "Ja biłam najpierw lżej, potem coraz mocniej, traciłam panowanie. Czasem biliśmy razem.. Tak, czasem robiliśmy to razem" pracuje dzisiaj w jednostce, która ma do czynienia z dziećmi, młodzieżą. Ponadto Ewa T. była nauczycielką. Sam fakt tego jakie zasady panowały w jej klasie i w jaki sposób 'mobilizowała' uczniów do nauki mówi o tym jakim jest człowiekiem. Moim zdaniem ta kobieta jest psychopatką. Jej działania nie mają nic wspólnego z wymierzeniem kary dziecku poprzez danie klapsa. Ona swoje dziecko maltretowała i zabiła. Można by się zastanawiać co doprowadziło do wykształcenia się w jej głowie umysłu patologicznego. Bez wątpienia mieli na to wpływ rodzice i to, w jaki sposób sama była wychowywana. Rygor, regulamin, podporządkowanie, terror, swoisty autorytaryzm. To sprawiło, że w Ewie T. zanikła zdolność do rozróżniania dobra i zła, emocjonalności, miłości.
Porównanie z Hossem jest jak najbardziej słuszne i obrazuje jej podejście do sprawy. Szokującym jest fakt, iż winy takiej osoby mogą zostać zapomniane, że zostają wymazane z pamięci, akt. Wyroki ulegają zatarciu.

I właśnie na to, moim zdaniem, zwraca uwagę Szczygieł. Na to, że w dzisiejszym świecie złodziej samochodów może być mechanikiem, alkoholik pracować w sklepie monopolowym, a morderca pełnić funkcję eksperta ministerstwa.

Przekaz Szczygła jest niezwykle emocjonalny i szczery - to zbliża czytelnika. Prawdziwy dziennikarz rozsiewa jedynie informacje rzetelne i prawdziwe, nie odnosi się do żadnej ze stron, pozostaje neutralny. W przypadku TAKICH reportaży jest inaczej. Widzimy wyraźnie zarysowaną postawę autora. Ponadto Szczygieł przytacza jedynie wybiórcze fragmenty otrzymanych materiałów, nie podaje imion bohaterów, nie zdradza kim jest N. Czy to ma jakiś wpływ na odbiór tematu przez czytelnika? Moim zdaniem nie.
Historia przez niego przedstawiona jest rzetelnym opisem prawdziwych wydarzeń i emocji, na które każdy z czytelników powinien zareagować w taki sam sposób.



Na koniec dodam, iż niezwykle cieszy mnie fakt, iż w najbliższą środę Mariusz Szczygieł wpadnie do naszego Instytutu i poprowadzi dla nas zajęcia :)


poniedziałek, 18 listopada 2013

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Ryszardem Kapuścińskim

'Zawsze pisałem prosto, zawsze zaczynałem pisanie książki od najprostszego zdania. Tak samo było chociażby z Cesarzem, do którego wprowadzenie stanowi zdanie: 'To był malutki piesek rasy japońskiej. Miał na imię Lulu.''. A więc nie będzie to literacki felieton, obrazowa mini-powieść czy barwny reportaż. Będą to spisane moje własne, subiektywne odczucia po spotkaniu z Mistrzem reportażu, Mistrzem dziennikarstwa, od niedawna moim własnym Mistrzem, wzorem do naśladowania - Ryszardem Kapuścińskim.


Zapewne prof. Wietoszko (którego serdecznie pozdrawiam) już by mnie zganił za nadużywanie środków wyrazu. Ale ja, póki co, nie potrafię inaczej pisać. Pisanie powinno wychodzić w sposób naturalny, tak twierdził Mistrz Kapuściński (i takiego określenia będę używać), a dla mnie mój własny styl, być może zbyt literacki, jest jak najbardziej naturalny, prosty i klarowny. Oczywiście rozumiem Pana Profesora, mojego wykładowcę z Dziennikarskiej Pracowni Prasowej, który swego czasu był redaktorem naczelnym Gazety Wyborczej, gdyż uczy on nas, studentów dziennikarstwa, młodych reporterów, jasnego komunikowania się i precyzyjnego przekazywania informacji typowemu odbiorcy. Jednak celem tego tekstu nie jest tzw. jedynka (określenie wyjęte z żargonu redakcyjnego, oznaczające pierwszą stronę gazety). Celem tego pamfletu jest spisanie moich odczuć, tego czego właśnie doświadczam i przeżywam, abym kiedyś w przyszłości, gdy będę u progu swojej wymarzonej kariery, znała zalążki, początki tegoż (miejmy nadzieję nadchodzącego) sukcesu.

Boże, jak ja kocham pisać, naprawdę (chętnie podeszłabym ponownie do matury z języka polskiego). Jestem studentką I roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uwielbiam swoje studia. Nie chcę wyjść na egoistkę, ale jestem z siebie niezwykle dumna i kocham siebie za to, że dałam radę, że mi się po prostu udało. Z Mistrzem zaznajomił mnie mój ukochany wykładowca, profesor Kazimierz Wolny-Zmorzyński (zresztą przyjaciel Kapuścińskiego, w kręgu uniwersyteckim nazywany Kazimierzem Wolnym-Kapuścińskim). To właśnie on, na pierwszym wykładzie, przedstawił nam 70 pozycji, które musimy, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć, które po prostu musimy przeczytać (pozdrawiam profesorze Wietoszko). Przygodę z Mistrzem zaczęłam od Autoportretu Reportera. Szczerze, bardzo dobra książka, ale nie wywróciła mojego życia do góry nogami. Oczywiście od samego początku dało się wyczuć ten słynny, typowy dla Kapuścińskiego styl pisania. Książkę czytało mi się bardzo dobrze, polecam ją każdemu, ponieważ rozmowy nie krążą jedynie wokół tematów dziennikarskich - Mistrz bardzo ładnie opowiada pokrótce o swoich podróżach i przeżyciach z nimi związanych. No więc skończyłam Autoportret i w moje ręce wpadły Podróże z Herodotem. Magia, magia i jeszcze raz magia. Nie pamiętam takiego uczucia. Nie pamiętam uczucia tak ogromnej fascynacji, zaciekawienia posuniętego do granic zdrowego rozsądku (czytałam wszędzie, przy każdej sposobności, nawet idąc chodnikiem!). To było niesamowite, naprawdę. Nie mogłam uwierzyć w jego talent, w to jak potrafi pisać, jak nawiązuje kontakt z czytelnikiem. Nie potrafiłam i nadal nie potrafię pojąć tego, jak on to robi. Mistrz jest przecież niezwykle skromnym człowiekiem. Aktualnie jestem na etapie czytania książki pt. Pisanie, czyli serii wywiadów przeprowadzonych przez Marka Millera, oczywiście z Kapuścińskim, jego dobrym znajomym (farciarz). Z jego wypowiedzi, tonu (bo obejrzałam również nagranie), mimiki, gestykulacji (pozdrawiam prof. Słupek, wykładowcę Nauk o komunikowaniu), jasno wynika, że jest człowiekiem niezwykle.. ludzkim. Nie wiem czy to określenie jest poprawne, ale takim go widzę - zwyczajnego w swojej niezwykłości Ryśka Kapuścińskiego. To jest niesamowite, jak on potrafi zafrasować odbiorcę. Czytając jego dzieła, czy przysłuchując się wywiadom, szczena leżała mi na podłodze. Mogłabym go czytać, słuchać godzinami. Ton jego głosu jest tak niezwykle przyjacielski, tak niezwykle szczery, że chętnie opowiedziałabym mu całą historię swojego życia, razem z wszelkimi epizodami, które trzymam w tajemnicy lub o których wie jedynie wąskie grono moich przyjaciół.

Taki właśnie jest Kapuściński, mój Mistrz, dzięki któremu jestem dumna, że studiuje dziennikarstwo. To właśnie Kapuściński popycha mnie do działania, daje natchnienie, codziennego, mocnego kopniaka w dupę, abym w końcu wyruszyła w podróż i, parafrazując, płynęła na fali, a nie była nią zalewana (Pisanie).



środa, 13 listopada 2013

Felieton: Lalka - pozytywistyczna powieść romantyczna


Pracę zacznę od wyjaśnienia.. otóż wśród młodzieży panuje przeświadczenie, iż książki wpisane w szkolny kanon lektur są jedynie dziwnym wymysłem starych belfrów, łudzących się, że poezja czy literatura może wykształcić umysł młodego człowieka, zmienić jego pogląd na życie. Słowo młodzież należy jednak bezwzględnie obrać w cudzysłów. Generalnie bardzo trudno jest je zdefiniować, błędem kardynalnym jest generalizowanie jego znaczenia. Młodzież - starsze dzieci, młodzi dorośli? Trudno o prawidłową analizę. Moim zdaniem dzisiejszą młodzież można porównać co najwyżej do wybryków natury uczących się w gimnazjach. Więc czy błędnym jest myślenie o niej w sposób ogólnikowy? Zdecydowanie tak. Osobiście nie poczuwam się do przynależności do grupy, zrzeszenia 'młodzieży'. Bez zbędnej paplaniny, czuje, że odstaje od nich dzięki swojemu poglądowi na życie oraz sposobowi myślenia. Bo czy normalnym jest uczucie zafrasowania, ekscytacji,  wręcz utonięcia w lekturze 'Lalki' Prusa? Dla mnie to rzecz niezwykła.
Czytałam wiele książek, wiele lektur. Jedne były ciekawe, inne trochę mniej. Dlaczego więc czytając 'Lalkę' zauważam zmianę swojego zachowania, myślenia,  pojawiającą się na skórze gęsią skórkę, czuję jak kąciki moich ust lekko się rozchylają, a oczy kurczą, w celu dojrzenia najmniejszego szczegółu. Otóż pierwszy raz w życiu utożsamiłam się z głównym bohaterem dzieła, w tym przypadku ze Stanisławem Wokulskim.


Kim właściwie jest ten Stasiek? Jedni powiedzą romantyczny pozytywista, inni zaś nazwą go pozytywistycznym romantykiem. Dla mnie jest kimś bliskim. Nie uważam go jedynie za fikcyjnego bohatera, o którym zapomnę, wraz z przewróceniem ostatniej strony powieści. Ah, bo jak ten Prus pisze! Staś jest bezgranicznie zakochany w Izabeli Łęckiej. Miłość zawładnęła Jego życiem, wyznacza mu priorytety, stawia cele i zadania, kreśli grafik na każdy kolejny dzień, jest powodem Jego przebudzenia się i wstania z łóżka, oraz przyczyną bezsennych nocy, skąpanych niekończącymi się rozmyślaniami o niej, miłość jest istotą Jego życia, bez cienia wątpliwości stała się również przyczyną Jego śmierci, na co złożyło się wiele aspektów, ale przede wszystkim jedno pytanie, które pozostało bez odpowiedzi.. czy ona czuje to samo? Dlaczego więc utożsamiam się z Wokulskim? Otóż oboje pojmujemy miłość w ten sam, wyjątkowy sposób. Nie jest ona byle błahostką, nie pozna się jej w klubie na imprezie, nie poczuje się tego podczas korzystania z Facebooka, nie dozna się tych uczuć będąc osobą pospolitą. Dla nas miłość w życiu pojawia się tylko raz i ten stan, głęboko zakorzeniony, trwa przez całe życie. Nie jest ona siłą niszczącą, uniemożliwiającą inne, przelotne znajomości. Ale miłość jest tylko jedna. Na świecie żyją biliony ludzi, miliony mężczyzn, miliony kobiet. Gdzieś tam jest, a właściwie nie gdzieś, bo całkiem blisko, ten ktoś. Ktoś dla którego TAK traci się głowę tylko raz w życiu. Pomimo tego, że mija pare lat, że zmieniacie się całkowicie, wchodzicie w nowe środowiska, wasza fizjonomia ulega metamorfozie, rozszerzają się horyzonty, otwierają zamknięte na klucz drzwi.. pomimo tego Ty głupia wciąż o nim myślisz. Bo, podobnie jak u Wokulskiego, Twoje życie zmieniło się po tym jak doznałaś tego uczucia, kiedy dowiedziałaś się co to znaczy kochać. Gdy tak jak Wokulski łączyłaś nie pasujące do siebie elementy układanki, wmawiając sobie, że tworzą one spójną i logiczną całość. Gdy mówiłaś sobie, że skoro świeci słońce to on musi być w dobrym humorze, że jeśli przejdziesz pasy bez nadepnięcia na biały kolor to on porzuci tamtą dla Ciebie, wreszcie, że jeżeli jutro wstaniesz wcześniej to prawdopodobnie spotkasz go przed szkołą na papierosie i zyskasz możliwość przywitania się z nim, muśnięcia Jego buźki, krótkiej rozmowy, ujrzenia Jego uśmiechu. Jesteś nienormalna, pamiętaj o tym. Dlatego tak bardzo podoba Ci się 'Lalka', dlatego właśnie nie kończ jej zbyt prędko, bo losy Staśka kończą się tragicznie, więc czy nie lękasz się swego rodzaju rozczarowania i zmierzenia się z brutalną rzeczywistością? Na świecie nie ma prawdziwych miłości, nazwać tak możemy jedynie te platoniczne, które są szczere i dla których jesteśmy w stanie wszystko poświęcić.



środa, 6 listopada 2013

Zza żelaznej kurtyny

Patrycja Kotlarz: Jak Pan wspomina dzień 13 grudnia 1981 roku?
Stanisław Żebro: To była mroźna niedziela. Po nocnej zmianie w Hucie im. Lenina wróciłem do domu, o niczym nie wiedząc poszedłem z rodziną do kościoła. Po powrocie córka puściła telewizor, bo chciała obejrzeć bajkę. Leciały same patriotyczne filmy. W pewnym momencie ukazał się komunikat Jaruzelskiego obwieszczający wprowadzenie stanu wojennego na obszarze całego kraju.

PK: Jaka była pańska reakcja?
SŻ: Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem co powiedzieć córce. Pomyślałem, że komunizm jest największą plagą jaka dotknęła ludzkości.

PK: Przestraszył się Pan?
SŻ: Przeżyłem ogromny szok, o mało nie dostałem zawału (uśmiech).

PK: Jak wyglądały pierwsze dni po wprowadzeniu stanu wojennego?
SŻ: Ludzie nie do końca zdawali sobie sprawy z tego co się stało. Nie działało radio, telewizja ani telefony. Generalnie łączność ze światem została zerwana. Pamiętam, że gdy 16 grudnia wracałem z pracy zaczęła się pacyfikacja Huty. Do wyłamania bramy użyto sił ZOMO i czołgu.

PK: Brał Pan w tym udział?
SŻ: Nie, ja byłem tylko pracownikiem. Jak to w pracy każdy musiał siedzieć na swoim stanowisku. Około godziny 3 rano, przyszedł Mistrz...

PK: Przepraszam, Mistrz?
SŻ: Przełożony wydziału. Około 3 w nocy zebrał nasze przepustki. Dostaliśmy je z powrotem rano, ale z pieczątką 'Zakład zmilitaryzowany'.

PK: Co to oznaczało?
SŻ: Wszystko podlegało kontroli, każde wykroczenie mogły być uznane za sabotaż - obywatel, który dopuścił się takiego czynu był zabierany do aresztu, konsekwencje były bardzo ciężkie.
Dostaliśmy zaświadczenia, które były konieczne do poruszania się po mieście po 22:00. Została wprowadzona godzina milicyjna, czyli zakaz wychodzenia z domu i poruszania się po ulicach w godzinach od 22 do 6 rano. W tym czasie ZOMO kontrolowało przypadkowych przechodniów sprawdzając ich przepustki. Jeżeli ktoś takiej nie miał, obywatel był przewieziony do aresztu gdzie był bity i pałowany.

PK: Na myśl przychodzi mi określenie 'ścieżka zdrowia'.
SŻ: Były 2 rzędy ZOMOwców z pałami mierzącymi 80cm. Przez środek puszczano aresztowanego, którego bito. Lali gdzie popadło - po głowie, nogach, plecach.

PK: Przeżył Pan coś takiego?
SŻ: Na szczęście nie, słyszałem o tym z późniejszych opowieści.

PK: Czym było ZOMO?
SŻ: Zmilitaryzowany Odwód Milicji Obywatelskiej. Miałem to nieszczęście, że zostałem do nich przymusowo wciągnięty.

PK: Jak to przymusowo?
SŻ: Każdy rezerwista, który im odmówił był pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Zabierali ich do aresztu na Mogilską (teraz jest tam bodajże posterunek policji) i sądzili.

PK: W takim razie jak wyglądały pierwsze w dni w szeregach ZOMO?
SŻ: Zakwaterowali nas w Domu Turysty PTTK. Stamtąd wyruszaliśmy w miasto na patrole.

PK: Rozumiem, że to należało do pana obowiązków?
SŻ: Tak, przeważnie były to patrole nocne. Taki patrol składał się z dowódcy - ZOMOwca i dwóch rezerwistów. Chodziliśmy po mieście i kontrolowaliśmy obywateli. Zdarzało się, że ZOMOwiec nie miał ochoty na kolejną kontrolę. Wysyłał wtedy nas - dwóch rezerwistów. My to olewaliśmy, jeżeli ktoś nie posiadał stosownych dokumentów mówiliśmy: 'Spieprzaj stąd jak najszybciej, bo nie wrócisz dzisiaj do domu'. Wskazywaliśmy mu ulice, których nie patrolują i przestrzegaliśmy, aby się tu więcej nie pokazywał. Niekiedy dowódca krzyczał czy nie potrzebujemy pomocy, odpowiadałem: 'Nie, wszystko w porządku.' Chociaż tak nie było.

PK: Moment, którego nie zapomni Pan do końca życia?
SŻ: Zazwyczaj przemieszczano nas samochodami do miejsc, w których były większe zadymy.
Ja wylądowałem na rynku, ponieważ tego dnia odbywała się tam duża manifestacja. Zobaczyłem tłum strajkujących i pomyślałem, że chętnie bym się do nich przyłączył. Jednak nie było takiej możliwości. Obok krążyło mnóstwo cywilów, którzy byli ze Służb Bezpieczeństwa tzw. ubecy. Zdarzało się, że prowokowali manifestujących do wytworzenia zamieszek. Wtedy wjeżdżały samochody napełnione wodą tzw. polewaczki, które były wycelowane w ludzi. Woda była pomieszana z czerwonym płynem. 'Oznaczonego' obywatela wyłapywano na innej ulicy i od razu brano do aresztu.
Nagle dowódca rozkazał nam ustawić się w szeregu i krzyknął: 'PAŁY W DŁOŃ I DO ATAKU!'

PK: Co Pan wtedy poczuł?
SŻ: Ścisk w gardle, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. To był najgorszy moment. Przede mną stał rozwścieczony tłum, który rzucał w nas płytami chodnikowymi, koszami na śmieci. Z okien spadały doniczki. Na dachach siedzieli ludzie i robili zdjęcia. Oni nie wiedzieli, ze jesteśmy tylko rezerwistami, że chętnie byśmy sie do nich przyłączyli. Robotnicy krzyczeli: 'GESTAPO!' Ja się im nie dziwie.

PK: No tak, ludzie zazwyczaj kojarzą ZOMO z interwencją w kopalni "Wujek" czy strzelaninami, które miały miejsce w Stoczni Gdańskiej i wielu innych miejscach. Brał Pan udział w tak dramatycznych, nazwijmy to, interwencjach?
SŻ: Rezerwiście walczyć nie kazali, zazwyczaj brali nas na patrole i do tłumienia większych manifestacji. Byliśmy przymusowo wcieleni do szeregów. 80% z nas to byli uczciwi obywatele. Ja nigdy na nikogo pałki nie podniosłem. Jak był duży tłum to się wycofywałem (uśmiech).

PK: Pańskie zachowanie odbiega od wizerunku typowego ZOMOwca.
SŻ: Najpierw było ZOMO, a po pewnym czasie utworzyli ROMO - Rezerwowy Oddział Milicji Obywatelskiej, przymusowi rezerwiści - czyli ja . Oprócz tego było też ORMO.

PK: Czyli?
SŻ: Oddział Rezerwowy Milicji Obywatelskiej. To byli kapusie, donosiciele milicji. Każdy mógł się zapisać.

PK: Powiedział Pan, że komunizm jest największą plagą jaka dotknęła ludzkości. Czy pańskim zdaniem wszelkie manifestacje były próbą obalenia systemu?
SŻ: Robotnicy nie chcieli obalić komunizmu, domagali się cofnięcia podwyżek cen żywności i płac. Dlatego były te strajki. Komuniści uznali ich za kontrrewolucjonistów i skutecznie tłumili pokojowe protesty.

PK: Czy nawiązał Pan jakieś bliższe kontakty ze swoimi towarzyszami?
SŻ: Przeważnie ludzie byli wymieszani, każdy z innego miasta. Nie było sposobności aby się bliżej poznać. Rezerwiści byli przemieszczani po różnych miast.

PK: Pana gdzieś wywieźli?
SŻ: Tak, w PTTK było zgrupowanie. Po zamieszkach, w których nie chcieliśmy brać udziału, wywieźli nas do Katowic. Byliśmy zakwaterowani w oddziale ZOMO. Na patrole jeździliśmy do różnych miast, m.in. Tych Paprocanych. Jedna niedziela była pamiętna. Byliśmy zmęczeni po całonocnej zmianie, siedzieliśmy w pokoju na 1 piętrze i słuchaliśmy mszy św. Nagle za oknem zobaczyliśmy maszerujący oddział ZOMO. Robili dużo hałasu i to strasznie nas drażniło. Jeden z rezerwistów rzucił w nich talerzem z jajecznicą.

PK: Co się potem stało?
SŻ: Jak to mówią: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nikt nikogo nie wydał, wszyscy musieliśmy biegać wokół placu przez godzinę.

PK: Taka swoista 'Solidarność'.
SŻ: Tak, staraliśmy się nawzajem wspierać. To były ciężkie czasy.

PK: Jak na wieść o tym, że został Pan wciągnięty do ZOMO zareagowała pańska rodzina?
SŻ: Pamiętam jak pierwszy raz wszedłem do domu w mundurze (bo po cywilnemu na przepustki nie puszczali). Moja 8-letnia córka widząc mnie klęknęła i się przeżegnała (śmiech). Natomiast żona załamała ręce i tylko na mnie spojrzała. Nie pamiętam co mi powiedziała.

PK: Stan wojenny zazwyczaj kojarzony jest z kartkami i ogromnymi kolejkami do sklepów. Ludziom musiało być naprawdę ciężko.
SŻ: Tak, żyło się ciężko. Akurat ja należałem do Związku Zawodowych Hutników (ZZH). Tam dawali nam paczki na święta dla dzieci. Córka była uradowana, bo słodyczy nie sposób było kupić.

PK: Jak dzisiaj wspomina Pan stan wojenny?
SŻ: Tak jak mówiłem, była to największa zmora ówczesnych lat. Obejrzyj sobie film: 'Czerwony kat - morderca i złodziej. Wojtek Jaruzelski.' Mam nadzieję, że ten koszmar nigdy się nie powtórzy.


PK: Dziękuję za wywiad.