Zapewne prof. Wietoszko (którego serdecznie pozdrawiam) już by mnie zganił za nadużywanie środków wyrazu. Ale ja, póki co, nie potrafię inaczej pisać. Pisanie powinno wychodzić w sposób naturalny, tak twierdził Mistrz Kapuściński (i takiego określenia będę używać), a dla mnie mój własny styl, być może zbyt literacki, jest jak najbardziej naturalny, prosty i klarowny. Oczywiście rozumiem Pana Profesora, mojego wykładowcę z Dziennikarskiej Pracowni Prasowej, który swego czasu był redaktorem naczelnym Gazety Wyborczej, gdyż uczy on nas, studentów dziennikarstwa, młodych reporterów, jasnego komunikowania się i precyzyjnego przekazywania informacji typowemu odbiorcy. Jednak celem tego tekstu nie jest tzw. jedynka (określenie wyjęte z żargonu redakcyjnego, oznaczające pierwszą stronę gazety). Celem tego pamfletu jest spisanie moich odczuć, tego czego właśnie doświadczam i przeżywam, abym kiedyś w przyszłości, gdy będę u progu swojej wymarzonej kariery, znała zalążki, początki tegoż (miejmy nadzieję nadchodzącego) sukcesu.
Boże, jak ja kocham pisać, naprawdę (chętnie podeszłabym ponownie do matury z języka polskiego). Jestem studentką I roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uwielbiam swoje studia. Nie chcę wyjść na egoistkę, ale jestem z siebie niezwykle dumna i kocham siebie za to, że dałam radę, że mi się po prostu udało. Z Mistrzem zaznajomił mnie mój ukochany wykładowca, profesor Kazimierz Wolny-Zmorzyński (zresztą przyjaciel Kapuścińskiego, w kręgu uniwersyteckim nazywany Kazimierzem Wolnym-Kapuścińskim). To właśnie on, na pierwszym wykładzie, przedstawił nam 70 pozycji, które musimy, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć, które po prostu musimy przeczytać (pozdrawiam profesorze Wietoszko). Przygodę z Mistrzem zaczęłam od Autoportretu Reportera. Szczerze, bardzo dobra książka, ale nie wywróciła mojego życia do góry nogami. Oczywiście od samego początku dało się wyczuć ten słynny, typowy dla Kapuścińskiego styl pisania. Książkę czytało mi się bardzo dobrze, polecam ją każdemu, ponieważ rozmowy nie krążą jedynie wokół tematów dziennikarskich - Mistrz bardzo ładnie opowiada pokrótce o swoich podróżach i przeżyciach z nimi związanych. No więc skończyłam Autoportret i w moje ręce wpadły Podróże z Herodotem. Magia, magia i jeszcze raz magia. Nie pamiętam takiego uczucia. Nie pamiętam uczucia tak ogromnej fascynacji, zaciekawienia posuniętego do granic zdrowego rozsądku (czytałam wszędzie, przy każdej sposobności, nawet idąc chodnikiem!). To było niesamowite, naprawdę. Nie mogłam uwierzyć w jego talent, w to jak potrafi pisać, jak nawiązuje kontakt z czytelnikiem. Nie potrafiłam i nadal nie potrafię pojąć tego, jak on to robi. Mistrz jest przecież niezwykle skromnym człowiekiem. Aktualnie jestem na etapie czytania książki pt. Pisanie, czyli serii wywiadów przeprowadzonych przez Marka Millera, oczywiście z Kapuścińskim, jego dobrym znajomym (farciarz). Z jego wypowiedzi, tonu (bo obejrzałam również nagranie), mimiki, gestykulacji (pozdrawiam prof. Słupek, wykładowcę Nauk o komunikowaniu), jasno wynika, że jest człowiekiem niezwykle.. ludzkim. Nie wiem czy to określenie jest poprawne, ale takim go widzę - zwyczajnego w swojej niezwykłości Ryśka Kapuścińskiego. To jest niesamowite, jak on potrafi zafrasować odbiorcę. Czytając jego dzieła, czy przysłuchując się wywiadom, szczena leżała mi na podłodze. Mogłabym go czytać, słuchać godzinami. Ton jego głosu jest tak niezwykle przyjacielski, tak niezwykle szczery, że chętnie opowiedziałabym mu całą historię swojego życia, razem z wszelkimi epizodami, które trzymam w tajemnicy lub o których wie jedynie wąskie grono moich przyjaciół.
Taki właśnie jest Kapuściński, mój Mistrz, dzięki któremu jestem dumna, że studiuje dziennikarstwo. To właśnie Kapuściński popycha mnie do działania, daje natchnienie, codziennego, mocnego kopniaka w dupę, abym w końcu wyruszyła w podróż i, parafrazując, płynęła na fali, a nie była nią zalewana (Pisanie).


