środa, 6 listopada 2013

Zza żelaznej kurtyny

Patrycja Kotlarz: Jak Pan wspomina dzień 13 grudnia 1981 roku?
Stanisław Żebro: To była mroźna niedziela. Po nocnej zmianie w Hucie im. Lenina wróciłem do domu, o niczym nie wiedząc poszedłem z rodziną do kościoła. Po powrocie córka puściła telewizor, bo chciała obejrzeć bajkę. Leciały same patriotyczne filmy. W pewnym momencie ukazał się komunikat Jaruzelskiego obwieszczający wprowadzenie stanu wojennego na obszarze całego kraju.

PK: Jaka była pańska reakcja?
SŻ: Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem co powiedzieć córce. Pomyślałem, że komunizm jest największą plagą jaka dotknęła ludzkości.

PK: Przestraszył się Pan?
SŻ: Przeżyłem ogromny szok, o mało nie dostałem zawału (uśmiech).

PK: Jak wyglądały pierwsze dni po wprowadzeniu stanu wojennego?
SŻ: Ludzie nie do końca zdawali sobie sprawy z tego co się stało. Nie działało radio, telewizja ani telefony. Generalnie łączność ze światem została zerwana. Pamiętam, że gdy 16 grudnia wracałem z pracy zaczęła się pacyfikacja Huty. Do wyłamania bramy użyto sił ZOMO i czołgu.

PK: Brał Pan w tym udział?
SŻ: Nie, ja byłem tylko pracownikiem. Jak to w pracy każdy musiał siedzieć na swoim stanowisku. Około godziny 3 rano, przyszedł Mistrz...

PK: Przepraszam, Mistrz?
SŻ: Przełożony wydziału. Około 3 w nocy zebrał nasze przepustki. Dostaliśmy je z powrotem rano, ale z pieczątką 'Zakład zmilitaryzowany'.

PK: Co to oznaczało?
SŻ: Wszystko podlegało kontroli, każde wykroczenie mogły być uznane za sabotaż - obywatel, który dopuścił się takiego czynu był zabierany do aresztu, konsekwencje były bardzo ciężkie.
Dostaliśmy zaświadczenia, które były konieczne do poruszania się po mieście po 22:00. Została wprowadzona godzina milicyjna, czyli zakaz wychodzenia z domu i poruszania się po ulicach w godzinach od 22 do 6 rano. W tym czasie ZOMO kontrolowało przypadkowych przechodniów sprawdzając ich przepustki. Jeżeli ktoś takiej nie miał, obywatel był przewieziony do aresztu gdzie był bity i pałowany.

PK: Na myśl przychodzi mi określenie 'ścieżka zdrowia'.
SŻ: Były 2 rzędy ZOMOwców z pałami mierzącymi 80cm. Przez środek puszczano aresztowanego, którego bito. Lali gdzie popadło - po głowie, nogach, plecach.

PK: Przeżył Pan coś takiego?
SŻ: Na szczęście nie, słyszałem o tym z późniejszych opowieści.

PK: Czym było ZOMO?
SŻ: Zmilitaryzowany Odwód Milicji Obywatelskiej. Miałem to nieszczęście, że zostałem do nich przymusowo wciągnięty.

PK: Jak to przymusowo?
SŻ: Każdy rezerwista, który im odmówił był pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Zabierali ich do aresztu na Mogilską (teraz jest tam bodajże posterunek policji) i sądzili.

PK: W takim razie jak wyglądały pierwsze w dni w szeregach ZOMO?
SŻ: Zakwaterowali nas w Domu Turysty PTTK. Stamtąd wyruszaliśmy w miasto na patrole.

PK: Rozumiem, że to należało do pana obowiązków?
SŻ: Tak, przeważnie były to patrole nocne. Taki patrol składał się z dowódcy - ZOMOwca i dwóch rezerwistów. Chodziliśmy po mieście i kontrolowaliśmy obywateli. Zdarzało się, że ZOMOwiec nie miał ochoty na kolejną kontrolę. Wysyłał wtedy nas - dwóch rezerwistów. My to olewaliśmy, jeżeli ktoś nie posiadał stosownych dokumentów mówiliśmy: 'Spieprzaj stąd jak najszybciej, bo nie wrócisz dzisiaj do domu'. Wskazywaliśmy mu ulice, których nie patrolują i przestrzegaliśmy, aby się tu więcej nie pokazywał. Niekiedy dowódca krzyczał czy nie potrzebujemy pomocy, odpowiadałem: 'Nie, wszystko w porządku.' Chociaż tak nie było.

PK: Moment, którego nie zapomni Pan do końca życia?
SŻ: Zazwyczaj przemieszczano nas samochodami do miejsc, w których były większe zadymy.
Ja wylądowałem na rynku, ponieważ tego dnia odbywała się tam duża manifestacja. Zobaczyłem tłum strajkujących i pomyślałem, że chętnie bym się do nich przyłączył. Jednak nie było takiej możliwości. Obok krążyło mnóstwo cywilów, którzy byli ze Służb Bezpieczeństwa tzw. ubecy. Zdarzało się, że prowokowali manifestujących do wytworzenia zamieszek. Wtedy wjeżdżały samochody napełnione wodą tzw. polewaczki, które były wycelowane w ludzi. Woda była pomieszana z czerwonym płynem. 'Oznaczonego' obywatela wyłapywano na innej ulicy i od razu brano do aresztu.
Nagle dowódca rozkazał nam ustawić się w szeregu i krzyknął: 'PAŁY W DŁOŃ I DO ATAKU!'

PK: Co Pan wtedy poczuł?
SŻ: Ścisk w gardle, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. To był najgorszy moment. Przede mną stał rozwścieczony tłum, który rzucał w nas płytami chodnikowymi, koszami na śmieci. Z okien spadały doniczki. Na dachach siedzieli ludzie i robili zdjęcia. Oni nie wiedzieli, ze jesteśmy tylko rezerwistami, że chętnie byśmy sie do nich przyłączyli. Robotnicy krzyczeli: 'GESTAPO!' Ja się im nie dziwie.

PK: No tak, ludzie zazwyczaj kojarzą ZOMO z interwencją w kopalni "Wujek" czy strzelaninami, które miały miejsce w Stoczni Gdańskiej i wielu innych miejscach. Brał Pan udział w tak dramatycznych, nazwijmy to, interwencjach?
SŻ: Rezerwiście walczyć nie kazali, zazwyczaj brali nas na patrole i do tłumienia większych manifestacji. Byliśmy przymusowo wcieleni do szeregów. 80% z nas to byli uczciwi obywatele. Ja nigdy na nikogo pałki nie podniosłem. Jak był duży tłum to się wycofywałem (uśmiech).

PK: Pańskie zachowanie odbiega od wizerunku typowego ZOMOwca.
SŻ: Najpierw było ZOMO, a po pewnym czasie utworzyli ROMO - Rezerwowy Oddział Milicji Obywatelskiej, przymusowi rezerwiści - czyli ja . Oprócz tego było też ORMO.

PK: Czyli?
SŻ: Oddział Rezerwowy Milicji Obywatelskiej. To byli kapusie, donosiciele milicji. Każdy mógł się zapisać.

PK: Powiedział Pan, że komunizm jest największą plagą jaka dotknęła ludzkości. Czy pańskim zdaniem wszelkie manifestacje były próbą obalenia systemu?
SŻ: Robotnicy nie chcieli obalić komunizmu, domagali się cofnięcia podwyżek cen żywności i płac. Dlatego były te strajki. Komuniści uznali ich za kontrrewolucjonistów i skutecznie tłumili pokojowe protesty.

PK: Czy nawiązał Pan jakieś bliższe kontakty ze swoimi towarzyszami?
SŻ: Przeważnie ludzie byli wymieszani, każdy z innego miasta. Nie było sposobności aby się bliżej poznać. Rezerwiści byli przemieszczani po różnych miast.

PK: Pana gdzieś wywieźli?
SŻ: Tak, w PTTK było zgrupowanie. Po zamieszkach, w których nie chcieliśmy brać udziału, wywieźli nas do Katowic. Byliśmy zakwaterowani w oddziale ZOMO. Na patrole jeździliśmy do różnych miast, m.in. Tych Paprocanych. Jedna niedziela była pamiętna. Byliśmy zmęczeni po całonocnej zmianie, siedzieliśmy w pokoju na 1 piętrze i słuchaliśmy mszy św. Nagle za oknem zobaczyliśmy maszerujący oddział ZOMO. Robili dużo hałasu i to strasznie nas drażniło. Jeden z rezerwistów rzucił w nich talerzem z jajecznicą.

PK: Co się potem stało?
SŻ: Jak to mówią: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nikt nikogo nie wydał, wszyscy musieliśmy biegać wokół placu przez godzinę.

PK: Taka swoista 'Solidarność'.
SŻ: Tak, staraliśmy się nawzajem wspierać. To były ciężkie czasy.

PK: Jak na wieść o tym, że został Pan wciągnięty do ZOMO zareagowała pańska rodzina?
SŻ: Pamiętam jak pierwszy raz wszedłem do domu w mundurze (bo po cywilnemu na przepustki nie puszczali). Moja 8-letnia córka widząc mnie klęknęła i się przeżegnała (śmiech). Natomiast żona załamała ręce i tylko na mnie spojrzała. Nie pamiętam co mi powiedziała.

PK: Stan wojenny zazwyczaj kojarzony jest z kartkami i ogromnymi kolejkami do sklepów. Ludziom musiało być naprawdę ciężko.
SŻ: Tak, żyło się ciężko. Akurat ja należałem do Związku Zawodowych Hutników (ZZH). Tam dawali nam paczki na święta dla dzieci. Córka była uradowana, bo słodyczy nie sposób było kupić.

PK: Jak dzisiaj wspomina Pan stan wojenny?
SŻ: Tak jak mówiłem, była to największa zmora ówczesnych lat. Obejrzyj sobie film: 'Czerwony kat - morderca i złodziej. Wojtek Jaruzelski.' Mam nadzieję, że ten koszmar nigdy się nie powtórzy.


PK: Dziękuję za wywiad. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz