Patrycja Kotlarz: Jak Pan wspomina dzień 13 grudnia 1981 roku?
Stanisław Żebro: To była mroźna niedziela. Po nocnej zmianie w
Hucie im. Lenina wróciłem do domu, o niczym nie wiedząc poszedłem z rodziną do
kościoła. Po powrocie córka puściła telewizor, bo chciała obejrzeć bajkę. Leciały
same patriotyczne filmy. W pewnym momencie ukazał się komunikat Jaruzelskiego
obwieszczający wprowadzenie stanu wojennego na obszarze całego kraju.
PK: Jaka była pańska reakcja?
SŻ: Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem
co powiedzieć córce. Pomyślałem, że komunizm jest największą plagą jaka
dotknęła ludzkości.
PK: Przestraszył się Pan?
SŻ: Przeżyłem ogromny szok, o mało nie
dostałem zawału (uśmiech).
PK: Jak wyglądały pierwsze dni po
wprowadzeniu stanu wojennego?
SŻ: Ludzie nie do końca zdawali sobie
sprawy z tego co się stało. Nie działało radio, telewizja ani telefony. Generalnie
łączność ze światem została zerwana. Pamiętam, że gdy 16 grudnia wracałem z
pracy zaczęła się pacyfikacja Huty. Do wyłamania bramy użyto sił ZOMO i czołgu.
PK: Brał Pan w tym udział?
SŻ: Nie, ja byłem tylko pracownikiem.
Jak to w pracy każdy musiał siedzieć na swoim stanowisku. Około godziny 3 rano,
przyszedł Mistrz...
PK: Przepraszam, Mistrz?
SŻ: Przełożony wydziału. Około 3 w nocy zebrał nasze przepustki. Dostaliśmy je z powrotem rano, ale z pieczątką
'Zakład zmilitaryzowany'.
PK: Co to oznaczało?
SŻ: Wszystko podlegało kontroli, każde
wykroczenie mogły być uznane za sabotaż - obywatel, który dopuścił się takiego
czynu był zabierany do aresztu, konsekwencje były bardzo ciężkie.
Dostaliśmy zaświadczenia, które były konieczne do poruszania
się po mieście po 22:00. Została wprowadzona godzina milicyjna, czyli zakaz
wychodzenia z domu i poruszania się po ulicach w godzinach od 22 do 6 rano. W
tym czasie ZOMO kontrolowało przypadkowych przechodniów sprawdzając ich przepustki.
Jeżeli ktoś takiej nie miał, obywatel był przewieziony do aresztu gdzie był bity i pałowany.
PK: Na myśl przychodzi mi określenie
'ścieżka zdrowia'.
SŻ: Były 2 rzędy ZOMOwców z pałami
mierzącymi 80cm. Przez środek puszczano aresztowanego, którego bito. Lali gdzie
popadło - po głowie, nogach, plecach.
PK: Przeżył Pan coś takiego?
SŻ: Na szczęście nie, słyszałem o tym z
późniejszych opowieści.
PK: Czym było ZOMO?
SŻ: Zmilitaryzowany Odwód Milicji Obywatelskiej.
Miałem to nieszczęście, że zostałem do nich przymusowo wciągnięty.
PK: Jak to przymusowo?
SŻ: Każdy rezerwista, który im odmówił był
pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Zabierali ich do aresztu na Mogilską
(teraz jest tam bodajże posterunek policji) i sądzili.
PK: W takim razie jak wyglądały
pierwsze w dni w szeregach ZOMO?
SŻ: Zakwaterowali nas w Domu Turysty
PTTK. Stamtąd wyruszaliśmy w miasto na patrole.
PK: Rozumiem, że to należało do pana
obowiązków?
SŻ: Tak, przeważnie były to patrole
nocne. Taki patrol składał się z dowódcy - ZOMOwca i dwóch rezerwistów. Chodziliśmy
po mieście i kontrolowaliśmy obywateli. Zdarzało się, że ZOMOwiec nie miał ochoty
na kolejną kontrolę. Wysyłał wtedy nas - dwóch rezerwistów. My to olewaliśmy, jeżeli
ktoś nie posiadał stosownych dokumentów mówiliśmy: 'Spieprzaj stąd jak
najszybciej, bo nie wrócisz dzisiaj do domu'. Wskazywaliśmy mu ulice, których
nie patrolują i przestrzegaliśmy, aby się tu więcej nie pokazywał. Niekiedy dowódca
krzyczał czy nie potrzebujemy pomocy, odpowiadałem: 'Nie,
wszystko w porządku.' Chociaż tak nie było.
PK: Moment, którego nie zapomni Pan do
końca życia?
SŻ: Zazwyczaj przemieszczano nas
samochodami do miejsc, w których były większe zadymy.
Ja
wylądowałem na rynku, ponieważ tego dnia odbywała się tam duża manifestacja.
Zobaczyłem tłum strajkujących i pomyślałem, że chętnie bym się do nich
przyłączył. Jednak nie było takiej możliwości. Obok krążyło mnóstwo cywilów,
którzy byli ze Służb Bezpieczeństwa tzw. ubecy. Zdarzało się, że prowokowali
manifestujących do wytworzenia zamieszek. Wtedy wjeżdżały samochody napełnione
wodą tzw. polewaczki, które były wycelowane w ludzi. Woda była pomieszana z
czerwonym płynem. 'Oznaczonego' obywatela wyłapywano na innej ulicy i od razu
brano do aresztu.
Nagle dowódca rozkazał nam ustawić się w szeregu i krzyknął:
'PAŁY W DŁOŃ I DO ATAKU!'
PK: Co Pan wtedy poczuł?
SŻ: Ścisk w gardle, nogi odmówiły mi
posłuszeństwa. To był najgorszy moment. Przede mną stał rozwścieczony tłum,
który rzucał w nas płytami chodnikowymi, koszami na śmieci. Z okien spadały
doniczki. Na dachach siedzieli ludzie i robili zdjęcia. Oni nie wiedzieli, ze
jesteśmy tylko rezerwistami, że chętnie byśmy sie do nich przyłączyli. Robotnicy
krzyczeli: 'GESTAPO!' Ja się im nie dziwie.
PK: No tak, ludzie zazwyczaj kojarzą
ZOMO z interwencją w kopalni "Wujek" czy strzelaninami, które miały
miejsce w Stoczni Gdańskiej i wielu innych miejscach. Brał Pan udział w tak
dramatycznych, nazwijmy to, interwencjach?
SŻ: Rezerwiście walczyć nie kazali,
zazwyczaj brali nas na patrole i do tłumienia większych manifestacji. Byliśmy
przymusowo wcieleni do szeregów. 80% z nas to byli uczciwi obywatele. Ja nigdy na nikogo pałki nie podniosłem. Jak
był duży tłum to się wycofywałem (uśmiech).
PK: Pańskie zachowanie odbiega od
wizerunku typowego ZOMOwca.
SŻ: Najpierw było ZOMO, a po pewnym
czasie utworzyli ROMO - Rezerwowy Oddział Milicji Obywatelskiej, przymusowi
rezerwiści - czyli ja . Oprócz tego było też ORMO.
PK: Czyli?
SŻ: Oddział Rezerwowy Milicji
Obywatelskiej. To byli kapusie, donosiciele milicji. Każdy mógł się zapisać.
PK: Powiedział Pan, że komunizm jest
największą plagą jaka dotknęła ludzkości. Czy pańskim zdaniem wszelkie
manifestacje były próbą obalenia systemu?
SŻ: Robotnicy nie chcieli obalić
komunizmu, domagali się cofnięcia podwyżek cen żywności i płac. Dlatego były te
strajki. Komuniści uznali ich za kontrrewolucjonistów i skutecznie tłumili
pokojowe protesty.
PK: Czy nawiązał Pan jakieś bliższe
kontakty ze swoimi towarzyszami?
SŻ: Przeważnie ludzie byli wymieszani,
każdy z innego miasta. Nie było sposobności aby się bliżej poznać. Rezerwiści
byli przemieszczani po różnych miast.
PK: Pana gdzieś wywieźli?
SŻ: Tak, w PTTK było zgrupowanie. Po
zamieszkach, w których nie chcieliśmy brać udziału, wywieźli nas do Katowic.
Byliśmy zakwaterowani w oddziale ZOMO. Na patrole jeździliśmy do różnych miast,
m.in. Tych Paprocanych. Jedna niedziela była pamiętna. Byliśmy zmęczeni po
całonocnej zmianie, siedzieliśmy w pokoju na 1 piętrze i słuchaliśmy mszy św. Nagle
za oknem zobaczyliśmy maszerujący oddział ZOMO. Robili dużo hałasu i to
strasznie nas drażniło. Jeden z rezerwistów rzucił w nich talerzem z
jajecznicą.
PK: Co się potem stało?
SŻ: Jak to mówią: jeden za wszystkich,
wszyscy za jednego. Nikt nikogo nie wydał, wszyscy musieliśmy biegać wokół
placu przez godzinę.
PK: Taka swoista 'Solidarność'.
SŻ: Tak, staraliśmy się nawzajem
wspierać. To były ciężkie czasy.
PK: Jak na wieść o tym, że został Pan wciągnięty
do ZOMO zareagowała pańska rodzina?
SŻ: Pamiętam jak pierwszy raz wszedłem
do domu w mundurze (bo po cywilnemu na przepustki nie puszczali). Moja 8-letnia
córka widząc mnie klęknęła i się przeżegnała (śmiech). Natomiast żona załamała
ręce i tylko na mnie spojrzała. Nie pamiętam co mi powiedziała.
PK: Stan wojenny zazwyczaj kojarzony
jest z kartkami i ogromnymi kolejkami do sklepów. Ludziom musiało być naprawdę
ciężko.
SŻ: Tak, żyło się ciężko. Akurat ja
należałem do Związku Zawodowych Hutników
(ZZH). Tam dawali nam paczki na święta dla dzieci. Córka była uradowana, bo
słodyczy nie sposób było kupić.
PK: Jak dzisiaj wspomina Pan stan
wojenny?
SŻ: Tak jak mówiłem, była to największa
zmora ówczesnych lat. Obejrzyj sobie film: 'Czerwony
kat - morderca i złodziej. Wojtek
Jaruzelski.' Mam nadzieję, że ten koszmar nigdy się nie powtórzy.
PK: Dziękuję za
wywiad.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz