poniedziałek, 18 listopada 2013

Bliskie spotkanie trzeciego stopnia z Ryszardem Kapuścińskim

'Zawsze pisałem prosto, zawsze zaczynałem pisanie książki od najprostszego zdania. Tak samo było chociażby z Cesarzem, do którego wprowadzenie stanowi zdanie: 'To był malutki piesek rasy japońskiej. Miał na imię Lulu.''. A więc nie będzie to literacki felieton, obrazowa mini-powieść czy barwny reportaż. Będą to spisane moje własne, subiektywne odczucia po spotkaniu z Mistrzem reportażu, Mistrzem dziennikarstwa, od niedawna moim własnym Mistrzem, wzorem do naśladowania - Ryszardem Kapuścińskim.


Zapewne prof. Wietoszko (którego serdecznie pozdrawiam) już by mnie zganił za nadużywanie środków wyrazu. Ale ja, póki co, nie potrafię inaczej pisać. Pisanie powinno wychodzić w sposób naturalny, tak twierdził Mistrz Kapuściński (i takiego określenia będę używać), a dla mnie mój własny styl, być może zbyt literacki, jest jak najbardziej naturalny, prosty i klarowny. Oczywiście rozumiem Pana Profesora, mojego wykładowcę z Dziennikarskiej Pracowni Prasowej, który swego czasu był redaktorem naczelnym Gazety Wyborczej, gdyż uczy on nas, studentów dziennikarstwa, młodych reporterów, jasnego komunikowania się i precyzyjnego przekazywania informacji typowemu odbiorcy. Jednak celem tego tekstu nie jest tzw. jedynka (określenie wyjęte z żargonu redakcyjnego, oznaczające pierwszą stronę gazety). Celem tego pamfletu jest spisanie moich odczuć, tego czego właśnie doświadczam i przeżywam, abym kiedyś w przyszłości, gdy będę u progu swojej wymarzonej kariery, znała zalążki, początki tegoż (miejmy nadzieję nadchodzącego) sukcesu.

Boże, jak ja kocham pisać, naprawdę (chętnie podeszłabym ponownie do matury z języka polskiego). Jestem studentką I roku Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Uwielbiam swoje studia. Nie chcę wyjść na egoistkę, ale jestem z siebie niezwykle dumna i kocham siebie za to, że dałam radę, że mi się po prostu udało. Z Mistrzem zaznajomił mnie mój ukochany wykładowca, profesor Kazimierz Wolny-Zmorzyński (zresztą przyjaciel Kapuścińskiego, w kręgu uniwersyteckim nazywany Kazimierzem Wolnym-Kapuścińskim). To właśnie on, na pierwszym wykładzie, przedstawił nam 70 pozycji, które musimy, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć, które po prostu musimy przeczytać (pozdrawiam profesorze Wietoszko). Przygodę z Mistrzem zaczęłam od Autoportretu Reportera. Szczerze, bardzo dobra książka, ale nie wywróciła mojego życia do góry nogami. Oczywiście od samego początku dało się wyczuć ten słynny, typowy dla Kapuścińskiego styl pisania. Książkę czytało mi się bardzo dobrze, polecam ją każdemu, ponieważ rozmowy nie krążą jedynie wokół tematów dziennikarskich - Mistrz bardzo ładnie opowiada pokrótce o swoich podróżach i przeżyciach z nimi związanych. No więc skończyłam Autoportret i w moje ręce wpadły Podróże z Herodotem. Magia, magia i jeszcze raz magia. Nie pamiętam takiego uczucia. Nie pamiętam uczucia tak ogromnej fascynacji, zaciekawienia posuniętego do granic zdrowego rozsądku (czytałam wszędzie, przy każdej sposobności, nawet idąc chodnikiem!). To było niesamowite, naprawdę. Nie mogłam uwierzyć w jego talent, w to jak potrafi pisać, jak nawiązuje kontakt z czytelnikiem. Nie potrafiłam i nadal nie potrafię pojąć tego, jak on to robi. Mistrz jest przecież niezwykle skromnym człowiekiem. Aktualnie jestem na etapie czytania książki pt. Pisanie, czyli serii wywiadów przeprowadzonych przez Marka Millera, oczywiście z Kapuścińskim, jego dobrym znajomym (farciarz). Z jego wypowiedzi, tonu (bo obejrzałam również nagranie), mimiki, gestykulacji (pozdrawiam prof. Słupek, wykładowcę Nauk o komunikowaniu), jasno wynika, że jest człowiekiem niezwykle.. ludzkim. Nie wiem czy to określenie jest poprawne, ale takim go widzę - zwyczajnego w swojej niezwykłości Ryśka Kapuścińskiego. To jest niesamowite, jak on potrafi zafrasować odbiorcę. Czytając jego dzieła, czy przysłuchując się wywiadom, szczena leżała mi na podłodze. Mogłabym go czytać, słuchać godzinami. Ton jego głosu jest tak niezwykle przyjacielski, tak niezwykle szczery, że chętnie opowiedziałabym mu całą historię swojego życia, razem z wszelkimi epizodami, które trzymam w tajemnicy lub o których wie jedynie wąskie grono moich przyjaciół.

Taki właśnie jest Kapuściński, mój Mistrz, dzięki któremu jestem dumna, że studiuje dziennikarstwo. To właśnie Kapuściński popycha mnie do działania, daje natchnienie, codziennego, mocnego kopniaka w dupę, abym w końcu wyruszyła w podróż i, parafrazując, płynęła na fali, a nie była nią zalewana (Pisanie).



środa, 13 listopada 2013

Felieton: Lalka - pozytywistyczna powieść romantyczna


Pracę zacznę od wyjaśnienia.. otóż wśród młodzieży panuje przeświadczenie, iż książki wpisane w szkolny kanon lektur są jedynie dziwnym wymysłem starych belfrów, łudzących się, że poezja czy literatura może wykształcić umysł młodego człowieka, zmienić jego pogląd na życie. Słowo młodzież należy jednak bezwzględnie obrać w cudzysłów. Generalnie bardzo trudno jest je zdefiniować, błędem kardynalnym jest generalizowanie jego znaczenia. Młodzież - starsze dzieci, młodzi dorośli? Trudno o prawidłową analizę. Moim zdaniem dzisiejszą młodzież można porównać co najwyżej do wybryków natury uczących się w gimnazjach. Więc czy błędnym jest myślenie o niej w sposób ogólnikowy? Zdecydowanie tak. Osobiście nie poczuwam się do przynależności do grupy, zrzeszenia 'młodzieży'. Bez zbędnej paplaniny, czuje, że odstaje od nich dzięki swojemu poglądowi na życie oraz sposobowi myślenia. Bo czy normalnym jest uczucie zafrasowania, ekscytacji,  wręcz utonięcia w lekturze 'Lalki' Prusa? Dla mnie to rzecz niezwykła.
Czytałam wiele książek, wiele lektur. Jedne były ciekawe, inne trochę mniej. Dlaczego więc czytając 'Lalkę' zauważam zmianę swojego zachowania, myślenia,  pojawiającą się na skórze gęsią skórkę, czuję jak kąciki moich ust lekko się rozchylają, a oczy kurczą, w celu dojrzenia najmniejszego szczegółu. Otóż pierwszy raz w życiu utożsamiłam się z głównym bohaterem dzieła, w tym przypadku ze Stanisławem Wokulskim.


Kim właściwie jest ten Stasiek? Jedni powiedzą romantyczny pozytywista, inni zaś nazwą go pozytywistycznym romantykiem. Dla mnie jest kimś bliskim. Nie uważam go jedynie za fikcyjnego bohatera, o którym zapomnę, wraz z przewróceniem ostatniej strony powieści. Ah, bo jak ten Prus pisze! Staś jest bezgranicznie zakochany w Izabeli Łęckiej. Miłość zawładnęła Jego życiem, wyznacza mu priorytety, stawia cele i zadania, kreśli grafik na każdy kolejny dzień, jest powodem Jego przebudzenia się i wstania z łóżka, oraz przyczyną bezsennych nocy, skąpanych niekończącymi się rozmyślaniami o niej, miłość jest istotą Jego życia, bez cienia wątpliwości stała się również przyczyną Jego śmierci, na co złożyło się wiele aspektów, ale przede wszystkim jedno pytanie, które pozostało bez odpowiedzi.. czy ona czuje to samo? Dlaczego więc utożsamiam się z Wokulskim? Otóż oboje pojmujemy miłość w ten sam, wyjątkowy sposób. Nie jest ona byle błahostką, nie pozna się jej w klubie na imprezie, nie poczuje się tego podczas korzystania z Facebooka, nie dozna się tych uczuć będąc osobą pospolitą. Dla nas miłość w życiu pojawia się tylko raz i ten stan, głęboko zakorzeniony, trwa przez całe życie. Nie jest ona siłą niszczącą, uniemożliwiającą inne, przelotne znajomości. Ale miłość jest tylko jedna. Na świecie żyją biliony ludzi, miliony mężczyzn, miliony kobiet. Gdzieś tam jest, a właściwie nie gdzieś, bo całkiem blisko, ten ktoś. Ktoś dla którego TAK traci się głowę tylko raz w życiu. Pomimo tego, że mija pare lat, że zmieniacie się całkowicie, wchodzicie w nowe środowiska, wasza fizjonomia ulega metamorfozie, rozszerzają się horyzonty, otwierają zamknięte na klucz drzwi.. pomimo tego Ty głupia wciąż o nim myślisz. Bo, podobnie jak u Wokulskiego, Twoje życie zmieniło się po tym jak doznałaś tego uczucia, kiedy dowiedziałaś się co to znaczy kochać. Gdy tak jak Wokulski łączyłaś nie pasujące do siebie elementy układanki, wmawiając sobie, że tworzą one spójną i logiczną całość. Gdy mówiłaś sobie, że skoro świeci słońce to on musi być w dobrym humorze, że jeśli przejdziesz pasy bez nadepnięcia na biały kolor to on porzuci tamtą dla Ciebie, wreszcie, że jeżeli jutro wstaniesz wcześniej to prawdopodobnie spotkasz go przed szkołą na papierosie i zyskasz możliwość przywitania się z nim, muśnięcia Jego buźki, krótkiej rozmowy, ujrzenia Jego uśmiechu. Jesteś nienormalna, pamiętaj o tym. Dlatego tak bardzo podoba Ci się 'Lalka', dlatego właśnie nie kończ jej zbyt prędko, bo losy Staśka kończą się tragicznie, więc czy nie lękasz się swego rodzaju rozczarowania i zmierzenia się z brutalną rzeczywistością? Na świecie nie ma prawdziwych miłości, nazwać tak możemy jedynie te platoniczne, które są szczere i dla których jesteśmy w stanie wszystko poświęcić.



środa, 6 listopada 2013

Zza żelaznej kurtyny

Patrycja Kotlarz: Jak Pan wspomina dzień 13 grudnia 1981 roku?
Stanisław Żebro: To była mroźna niedziela. Po nocnej zmianie w Hucie im. Lenina wróciłem do domu, o niczym nie wiedząc poszedłem z rodziną do kościoła. Po powrocie córka puściła telewizor, bo chciała obejrzeć bajkę. Leciały same patriotyczne filmy. W pewnym momencie ukazał się komunikat Jaruzelskiego obwieszczający wprowadzenie stanu wojennego na obszarze całego kraju.

PK: Jaka była pańska reakcja?
SŻ: Byłem zdezorientowany, nie wiedziałem co powiedzieć córce. Pomyślałem, że komunizm jest największą plagą jaka dotknęła ludzkości.

PK: Przestraszył się Pan?
SŻ: Przeżyłem ogromny szok, o mało nie dostałem zawału (uśmiech).

PK: Jak wyglądały pierwsze dni po wprowadzeniu stanu wojennego?
SŻ: Ludzie nie do końca zdawali sobie sprawy z tego co się stało. Nie działało radio, telewizja ani telefony. Generalnie łączność ze światem została zerwana. Pamiętam, że gdy 16 grudnia wracałem z pracy zaczęła się pacyfikacja Huty. Do wyłamania bramy użyto sił ZOMO i czołgu.

PK: Brał Pan w tym udział?
SŻ: Nie, ja byłem tylko pracownikiem. Jak to w pracy każdy musiał siedzieć na swoim stanowisku. Około godziny 3 rano, przyszedł Mistrz...

PK: Przepraszam, Mistrz?
SŻ: Przełożony wydziału. Około 3 w nocy zebrał nasze przepustki. Dostaliśmy je z powrotem rano, ale z pieczątką 'Zakład zmilitaryzowany'.

PK: Co to oznaczało?
SŻ: Wszystko podlegało kontroli, każde wykroczenie mogły być uznane za sabotaż - obywatel, który dopuścił się takiego czynu był zabierany do aresztu, konsekwencje były bardzo ciężkie.
Dostaliśmy zaświadczenia, które były konieczne do poruszania się po mieście po 22:00. Została wprowadzona godzina milicyjna, czyli zakaz wychodzenia z domu i poruszania się po ulicach w godzinach od 22 do 6 rano. W tym czasie ZOMO kontrolowało przypadkowych przechodniów sprawdzając ich przepustki. Jeżeli ktoś takiej nie miał, obywatel był przewieziony do aresztu gdzie był bity i pałowany.

PK: Na myśl przychodzi mi określenie 'ścieżka zdrowia'.
SŻ: Były 2 rzędy ZOMOwców z pałami mierzącymi 80cm. Przez środek puszczano aresztowanego, którego bito. Lali gdzie popadło - po głowie, nogach, plecach.

PK: Przeżył Pan coś takiego?
SŻ: Na szczęście nie, słyszałem o tym z późniejszych opowieści.

PK: Czym było ZOMO?
SŻ: Zmilitaryzowany Odwód Milicji Obywatelskiej. Miałem to nieszczęście, że zostałem do nich przymusowo wciągnięty.

PK: Jak to przymusowo?
SŻ: Każdy rezerwista, który im odmówił był pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Zabierali ich do aresztu na Mogilską (teraz jest tam bodajże posterunek policji) i sądzili.

PK: W takim razie jak wyglądały pierwsze w dni w szeregach ZOMO?
SŻ: Zakwaterowali nas w Domu Turysty PTTK. Stamtąd wyruszaliśmy w miasto na patrole.

PK: Rozumiem, że to należało do pana obowiązków?
SŻ: Tak, przeważnie były to patrole nocne. Taki patrol składał się z dowódcy - ZOMOwca i dwóch rezerwistów. Chodziliśmy po mieście i kontrolowaliśmy obywateli. Zdarzało się, że ZOMOwiec nie miał ochoty na kolejną kontrolę. Wysyłał wtedy nas - dwóch rezerwistów. My to olewaliśmy, jeżeli ktoś nie posiadał stosownych dokumentów mówiliśmy: 'Spieprzaj stąd jak najszybciej, bo nie wrócisz dzisiaj do domu'. Wskazywaliśmy mu ulice, których nie patrolują i przestrzegaliśmy, aby się tu więcej nie pokazywał. Niekiedy dowódca krzyczał czy nie potrzebujemy pomocy, odpowiadałem: 'Nie, wszystko w porządku.' Chociaż tak nie było.

PK: Moment, którego nie zapomni Pan do końca życia?
SŻ: Zazwyczaj przemieszczano nas samochodami do miejsc, w których były większe zadymy.
Ja wylądowałem na rynku, ponieważ tego dnia odbywała się tam duża manifestacja. Zobaczyłem tłum strajkujących i pomyślałem, że chętnie bym się do nich przyłączył. Jednak nie było takiej możliwości. Obok krążyło mnóstwo cywilów, którzy byli ze Służb Bezpieczeństwa tzw. ubecy. Zdarzało się, że prowokowali manifestujących do wytworzenia zamieszek. Wtedy wjeżdżały samochody napełnione wodą tzw. polewaczki, które były wycelowane w ludzi. Woda była pomieszana z czerwonym płynem. 'Oznaczonego' obywatela wyłapywano na innej ulicy i od razu brano do aresztu.
Nagle dowódca rozkazał nam ustawić się w szeregu i krzyknął: 'PAŁY W DŁOŃ I DO ATAKU!'

PK: Co Pan wtedy poczuł?
SŻ: Ścisk w gardle, nogi odmówiły mi posłuszeństwa. To był najgorszy moment. Przede mną stał rozwścieczony tłum, który rzucał w nas płytami chodnikowymi, koszami na śmieci. Z okien spadały doniczki. Na dachach siedzieli ludzie i robili zdjęcia. Oni nie wiedzieli, ze jesteśmy tylko rezerwistami, że chętnie byśmy sie do nich przyłączyli. Robotnicy krzyczeli: 'GESTAPO!' Ja się im nie dziwie.

PK: No tak, ludzie zazwyczaj kojarzą ZOMO z interwencją w kopalni "Wujek" czy strzelaninami, które miały miejsce w Stoczni Gdańskiej i wielu innych miejscach. Brał Pan udział w tak dramatycznych, nazwijmy to, interwencjach?
SŻ: Rezerwiście walczyć nie kazali, zazwyczaj brali nas na patrole i do tłumienia większych manifestacji. Byliśmy przymusowo wcieleni do szeregów. 80% z nas to byli uczciwi obywatele. Ja nigdy na nikogo pałki nie podniosłem. Jak był duży tłum to się wycofywałem (uśmiech).

PK: Pańskie zachowanie odbiega od wizerunku typowego ZOMOwca.
SŻ: Najpierw było ZOMO, a po pewnym czasie utworzyli ROMO - Rezerwowy Oddział Milicji Obywatelskiej, przymusowi rezerwiści - czyli ja . Oprócz tego było też ORMO.

PK: Czyli?
SŻ: Oddział Rezerwowy Milicji Obywatelskiej. To byli kapusie, donosiciele milicji. Każdy mógł się zapisać.

PK: Powiedział Pan, że komunizm jest największą plagą jaka dotknęła ludzkości. Czy pańskim zdaniem wszelkie manifestacje były próbą obalenia systemu?
SŻ: Robotnicy nie chcieli obalić komunizmu, domagali się cofnięcia podwyżek cen żywności i płac. Dlatego były te strajki. Komuniści uznali ich za kontrrewolucjonistów i skutecznie tłumili pokojowe protesty.

PK: Czy nawiązał Pan jakieś bliższe kontakty ze swoimi towarzyszami?
SŻ: Przeważnie ludzie byli wymieszani, każdy z innego miasta. Nie było sposobności aby się bliżej poznać. Rezerwiści byli przemieszczani po różnych miast.

PK: Pana gdzieś wywieźli?
SŻ: Tak, w PTTK było zgrupowanie. Po zamieszkach, w których nie chcieliśmy brać udziału, wywieźli nas do Katowic. Byliśmy zakwaterowani w oddziale ZOMO. Na patrole jeździliśmy do różnych miast, m.in. Tych Paprocanych. Jedna niedziela była pamiętna. Byliśmy zmęczeni po całonocnej zmianie, siedzieliśmy w pokoju na 1 piętrze i słuchaliśmy mszy św. Nagle za oknem zobaczyliśmy maszerujący oddział ZOMO. Robili dużo hałasu i to strasznie nas drażniło. Jeden z rezerwistów rzucił w nich talerzem z jajecznicą.

PK: Co się potem stało?
SŻ: Jak to mówią: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Nikt nikogo nie wydał, wszyscy musieliśmy biegać wokół placu przez godzinę.

PK: Taka swoista 'Solidarność'.
SŻ: Tak, staraliśmy się nawzajem wspierać. To były ciężkie czasy.

PK: Jak na wieść o tym, że został Pan wciągnięty do ZOMO zareagowała pańska rodzina?
SŻ: Pamiętam jak pierwszy raz wszedłem do domu w mundurze (bo po cywilnemu na przepustki nie puszczali). Moja 8-letnia córka widząc mnie klęknęła i się przeżegnała (śmiech). Natomiast żona załamała ręce i tylko na mnie spojrzała. Nie pamiętam co mi powiedziała.

PK: Stan wojenny zazwyczaj kojarzony jest z kartkami i ogromnymi kolejkami do sklepów. Ludziom musiało być naprawdę ciężko.
SŻ: Tak, żyło się ciężko. Akurat ja należałem do Związku Zawodowych Hutników (ZZH). Tam dawali nam paczki na święta dla dzieci. Córka była uradowana, bo słodyczy nie sposób było kupić.

PK: Jak dzisiaj wspomina Pan stan wojenny?
SŻ: Tak jak mówiłem, była to największa zmora ówczesnych lat. Obejrzyj sobie film: 'Czerwony kat - morderca i złodziej. Wojtek Jaruzelski.' Mam nadzieję, że ten koszmar nigdy się nie powtórzy.


PK: Dziękuję za wywiad.